karolaroundtheworld - Chile - Argentyna


Chile - Argentyna

Europa była, Azja była, więc nadszedł czas na kolejny kontynent. Pierwotnie miała być Argentyna z Urugwajem ale ceny połączeń lotniczych były wysokie. Mogłoby się wydawać jeśli tam jest drogo to nawet nie warto sprawdzać cen do odleglejszych państw takich jak Chile… A tutaj niespodzianka, bilety do Santiago w cenie 620 funtów! Jest tylko jedno pytanie - czy nie będzie problemów z biletami kupionymi nie bezpośrednio w Iberii, tylko przez wyszukiwarkę? Obawy okazały się nieuzasadnione i bez problemów wydano nam karty pokładowe.

Iberia jako narodowy przewoźnik z Hiszpanii posiada monopol na połączenia do krajów Ameryki Południowej. Główny hub znajduje się w Madrycie na lotnisku Barajas, do którego przylecieliśmy z londyńskiego Heathrow. Z terminala numer 4s w kierunku południowoamerykańskim odlatywało wiele innych samolotów, min. do Limy, Buenos Aires, Montevideo czy Santiago. Nasz wylot był przewidziany na godzinę 23.45 i miał wylądować  w stolicy Chile o godzinie 9.05 lokalnego czasu. Cały przelot nad Atlantykiem i większością kontynentu wynosił 13 godzin i 20 minut, czyniąc to połączenie - obok Tokio - jednym z najdalszych kierunków oferowanych przez hiszpańskie linie.

Podczas wcześniejszego lotu z Londynu Iberia nie serwowała żadnych darmowych posiłków ani kawy czy herbaty, za którą trzeba było dodatkowo płacić. Do tego dwugodzinny lot w ciasnym Airbusie upłynął w mało komfortowych warunkach. Inaczej zaś miała się sytuacja na trasie do Chile. Ogromny Airbus A-340, z wygodnymi fotelami i systemem rozrywki pokładowej zapewniał komfortowe warunki podczas długiego lotu. Chwile po starcie podana została kolacja, po której większość pasażerów zasnęła. Na półtorej godziny przed lądowaniem zostało podane śniadanie, po czym można było się przygotować do postawienia stopy na półkuli południowej.

Po wylądowaniu stanęliśmy do długiej odprawy, którą trwałą dłuższą chwilę. Po wbiciu pieczątki każdy turysta dostawał małą karteczkę, wraz ze swoimi danymi, którą trzeba było oddać podczas opuszczania kraju. Do naszego hostelu dostaliśmy się jadąc najpierw autobusem do stacji Pajaritos, skąd dalej pojechaliśmy metrem. Happy House Hostel - nazwa idealnie pasuje do tego miejsca. Jest ulokowany w zabytkowej kamienicy, posiada basen, patio, taras i dużo miejsca do wypoczynku, kiedy po ciężkim dniu można usiąść ze znajomymi i napić się zimnego piwa czy gorącej herbaty. Do tego w wolnych chwilach można pograć w bilard i ping ponga. Pracownicy na recepcji posługują się językiem angielskim i są bardzo pomocni. Wśród gości można spotkać podróżników z całego świata - Szkocji, Anglii, Australii, Kanady czy Korei Południowej. Najbardziej przyjaźnie była nastawiona grupa z Azji, która wcześniej zwiedziła Peru i Boliwię a następnie planowała eksplorację Patagonii, Ziemi Ognistej i Brazylii. Hostel miał świetną lokalizację blisko metra, centrum i najważniejszych miejsc w mieście. Może jedynym mankamentem był słaby internet, ale będąc prawie na końcu świata i mając ograniczony czas nie warto go było na marnować na Facebooka.

Pierwszy dzień pobytu został poświęcony na zapoznaniu się z centrum miasta, posmakowaniu lokalnej kuchni i wczucia się w klimat. Najlepszym miejscem do tego jest  plac Plaza de Armas, z budynkiem katedry Catedral de Santiago, na którym widnieje zdjęcia papieża Franciszka. Obok znajduje się główny gmach poczty a także budynek Muzeum Narodowego. Całe to miejsce było wypełnione turystami, rodzinami z małymi dziećmi, które chłodziły się w fontannach czy różnego rodzaju artystów ulicznych. Obok nich w cieniu palm swoje pojedynki toczyli fani szachów.


 

Wracając do naszego hostelu przeszliśmy przez Plac Konstytucji, omijając oddzielony barierkami Pałac Prezydencki nazywany Palacio La Moneda. Jest to reprezentatywna część miasta, znajdują się tutaj ważne urzędy i siedziby ministerstw. Otoczenie było bacznie obserwowane przez służby i można było czuć się bezpiecznie. Co jest warte zauważenia to na każdym kroku w Santiago można było spotkać policjantów pilnujących porządku. Nawet podczas podejścia na górę San Cristo mijała nas grupa funkcjonariuszy poruszająca się na koniach.

Po długiej podróży nadszedł czas na posiłek chilijski. Na położonej obok hostelu ulicy Avenida Brasil znajdowały się liczne bary i kafejki. W jednej z nich zamówiliśmy słynnego hamburgera z awokado, hot doga i przekąskę złożoną z frytek i … mortadeli. Czysty fast food. Podobnie mieliśmy w Valparaiso, nad Pacyfikiem, gdzie w jednym z lokalnych barów zamówiłem burgera gigantes, nie zdając sobie sprawy jak on jest wielki! Do tego podczas zamawiania nie zostałem do końca zrozumiany i zamiast zupy dostałem … hot doga. Wspomniany gigantes okazał się ogromną bułką, z nadzieniem jak w hamburgerze, podzieloną na 4 części.

Inna ciekawa sytuacja miała miejsce na targu Abastos Tirso de Molina, gdzie na górnej części znajdowały się budki z jedzeniem. Jako smakosz zup rybnych zamówiłem jedną z karty dań i czekałem na kelnerkę. Gdy ją podała z talerza poczułem jeden z najgorszych zapachów świata - ta zupa po prostu śmierdziała. Siedząca obok mnie Radka jako pierwsza poczuła wstrętny zapach ale organoleptycznie musiałem się przekonać czy jest aż tak zła. Jak można było się spodziewać spasowałem po pierwszej łyżce, rezygnując z tego dania. No cóż, czasami trafia się na lokalny wyrób, ceniony przez miejscowych, jednak nie do końca trafiający w kubki smakowe przybyszów z innego kontynentu.


 

 

Pierwotnie w poniedziałek planowaliśmy odwiedzić muzeum piłkarskie Colo Colo - czyli najbardziej utytułowanego klubu w Chile, stadion a także wjechać na szczyt Cerro San Cristobal kolejką i przy okazji zobaczyć zoo. Jak się okazało poniedziałek jest dniem kiedy wszystko jest zamknięte i musieliśmy zmienić nasze plany. Zdecydowaliśmy się na podejście na górę San Cristo, na szczycie której znajduje się kościół i statua Matki Bożej. Trasa biegnie ostro pod górę i wymaga dobrej kondycji. Wspinając się na szczyt można podziwiać piękną panoramę Santiago, idealną do zrobienia kilku ciekawych ujęć. Wcześniejsza nazwa tego miejsca brzmiała "Tupahue" czyli miejsce gdzie mieszkają bogowie. W 1987 roku podczas pielgrzymki do Chile mszę odprawiał tutaj Jan Paweł II, którego pomnik góruje nad miastem. Jest ołtarz i amfiteatr na którym gromadzą się wierni podczas odprawianych nabożeństw. Jego atrakcyjne położenie pozwala wysnuć tezę, że jest jednym z najpiękniejszych miejsc do celebracji mszy świętej na świecie, z zapierającym dech widokiem na Santiago.


 

 

Po zejściu na dół usiedliśmy na ulicy Pio Nono, leżącej w dzielnicy Bellavista, gdzie znajduje się serce imprezowe Santiago. Po spożyciu zimnego Cristala - flagowego piwa Chile -  udaliśmy się w stronę kolejnego wzgórza Santa Lucia. Jest to historyczne miejsce, na szczycie którego w XVI wieku oficjalnie nadano nazwę miasta. Obecnie jest to jeden z najbardziej popularnych parków, z pięknym zamkiem, fontanną i wieloma miejscami do zrobienia pamiątkowego zdjęcia.

W niedalekiej odległości znajduje się artystyczna dzielnica Lastarria i słynne ulice Paris y Londres. Oryginalna architektura i spokój jaki można zaznać w tamtych rejonach pozwala na relaks po wyczerpującym dniu. Idealne miejsce na złapanie drugiego oddechu po wizycie w tłocznym centrum miasta.

Jeden dzień przeznaczyliśmy na wycieczkę do położonego 120 km od Santiago Valparaiso. Miasto portowe położone nad Oceanem Spokojnym jest określane jako "Perła Pacyfiku", więc szybko nabyliśmy bilety i czekaliśmy na autobus.  Jednym z naszych celów była kąpiel w oceanie, jednak pogoda pokrzyżowała nam plany. Temperatura powietrza wynosiła jedynie 17 stopni i skończyło się tylko na zamoczeniu stóp. Ogólnie miasto, jak na pierwsze wrażenie, zbytnio nie zachwyca. Byliśmy w centrum, spacerowaliśmy uliczkami, zobaczyliśmy targ i przeszliśmy się wzdłuż wybrzeża portowego. Jest dużo różnego rodzaju graffiti, prawie na każdym budynku można zauważyć jakiś motyw. Oprócz tego opuszczone i rozwalające się budynki oraz brud na ulicach, szczególnie w rejonie targu i dworca autobusowego. Miasto rozciąga się na wzgórzach i patrząc z poziomu portu można go porównać do maderskiej Funchal. Funkcjonuje także linia metra! Tory znajdują się tylko wzdłuż wybrzeża i łączą port z drugą częścią miasta. W jednej z restauracji z pięknym widokiem na ocean wypiliśmy kawę i się trochę ogrzaliśmy, bo planując wyjazd nie zabraliśmy żadnych ciepłych bluz. Z powodu chłodu nie zostaliśmy w Valparaiso dłużej i nie wczuliśmy się klimat miasta, ale kilka godzin pozwoliło na zobaczenie trochę innego Chile, biedniejszego niż stolica kraju. Wracając z powrotem przejeżdżaliśmy przez Vina del Mar i od razu można było zobaczyć inne widoki niż w "Perle Pacyfiku" - czyste ulice, przystrzyżone trawniki czy długa, piaszczysta plaża. Od razu można było zobaczyć, że jest to miejscowość nastawiona na turystów, z jakże całkiem odmiennym widokiem niż w Valparaiso.


 

 

W środę rano opuściliśmy nasz hostel, zostawiając główne bagaże w przechowywani na dwa dni i z małymi plecakami udaliśmy się na dworzec autobusowy. O godzinie 9.30 mieliśmy zaplanowaną 8-godzinną podróż z Santiago do argentyńskiej Mendozy. Bilety można było nabyć online i do tego z możliwością rezerwacji miejsc. Do wyboru mamy salon cama czyli bardzo wygodne siedzenia, które można rozłożyć jak łóżko lub semi cama. W naszym przypadku druga opcja była najbardziej atrakcyjna i do tego mieliśmy miejsca w pierwszym rzędzie, co pozwalało na zrobienie wyjątkowych zdjęć. Cena biletu wynosiła 35 funtów w jedną stronę, w cenę którego wliczało się kanapki, kawę i herbatę a także ciastka.  

Trasa prowadziła przez pasmo górskie w Andach nazywane Paso International Los Libertadores, jak również określane mianem Cristo Redentor. Jest to jedyna droga prowadząca ze stolicy Chile do Mendozy, a dokładniej łączy ona wybrzeże Oceanu Atlantyckiego ze Spokojnym. Początek trasy jest płaski, z czasem pojawiają się większe podjazdy, które w końcowym etapie po chilijskiej stronie zaczynają się zmieniać w charakterystyczny "ślimak". Co jest najlepsze żaden z ekstremalnie położonych zakrętów nie posiada barierek zabezpieczających przed upadkiem w przepaść! Mały ludzki błąd może kosztować życie a w przypadku często jeżdżących autokarów nawet i kilkadziesiąt. Nasza część wyprawy przebiegała w idealnych warunkach pogodowych, bez obecnego w górach deszczu lub gęstej mgły. W miesiącach zimowych panuje tutaj całkiem inny klimat, zdarzają się obfite śnieżyce i trasa jest całkowicie zamykana.


 

 

 

Kierowcy wspinają się poprzez kilkanaście agrafek na wysokość ponad 3 tysięcy metrów, gdzie znajduję się przejście graniczne do Argentyny, położone dokładnie na wysokości 3832 metrów nad poziomem morza! Rysy liczą 2499 metrów… Nasze 3-godzinne oczekiwanie na pieczątkę w paszporcie odbywało się - używając terminologii sportowej - na dużej pożyczce tlenowej. Ciężko było złapać oddech z racji mocno rozrzedzonego powietrza. Nasza odprawa poszła bezproblemowo, pomimo tego, że celnicy argentyńscy zbytnio nie śpieszyli się w wykonywaniu swoich obowiązków. Po przejściu przez bramki podobne jak na lotnisku (szczerze powiedziawszy to nawet nie wiem czy one w ogóle działały) udaliśmy się do autokaru czekając na dalszą trasę. Ostatecznie nasz wyjazd został przesunięty o godzinę z powodu problemów z wizami kilku obywateli Haiti.

Argentyńska część Andów nie miała tak widowiskowych serpentyn jak po stronie chilijskiej tylko stopniowo zjeżdżało się na coraz niższą wysokość. Po drodze mijaliśmy punkt z którego wyruszają wyprawy w stronę najwyższego szczytu Ameryki Południowej czyli Aconcaguy. Znajdują się tutaj hotele i sklepy. Jak podają źródła nie jest to zbyt ciężka góra do zdobycia i po wpłaceniu kilku tysięcy dolarów można dołączyć do ekspedycji mającej na celu wejść ten szczyt.


 

W miarę zbliżania się do Mendozy naszym oczom ukazywały się ogromne plantacje winogron, rozciągające się aż po sam horyzont. Zachodnia część Argentyny jest znana z dobrego wina i uprawy winorośli a okręg Cuyo jest jego głównym producentem w kraju. Po dojeździe od razu wzięliśmy taxi i ruszyliśmy do naszego hotelu. Przejazd przez miasto mile zaskoczył, bo czytając niektóre komentarze na temat Mendozy nie były one pozytywne, wspominające o wszechobecnym brudzie i mało przyjemnym klimacie. Jak się okazało realia były całkiem odmienne - miasto czyste, z szerokimi na trzy pasy ulicami, rozległe chodniki i ciągnące się kilometrami aleje drzew, dające ochłodę podczas letnich upałów. Mogę stwierdzić że jest to jedno najładniejszych miast jakie dotychczas odwiedziłem. Nasz hotel było położony w centrum, w niedalekiej odległości od najważniejszych punktów.

Do Mendozy przyjechaliśmy w środowy wieczór i po krótkim odpoczynku udaliśmy się na krótkie zwiedzanie najbliższej okolicy. Snując się po malowniczych uliczkach można było spotkać mieszkańców udających się na kolację do licznych restauracji. Podobnie rzecz się ma w Hiszpanii a także w innych krajach południa, gdzie wychodzi się niekiedy po godzinie 22 i to nie tylko w towarzystwie małżonka ale i z gromadką dzieci.  Większość restauracji miała stoliki na zewnątrz i właśnie tam większość Argentyńczyków spędzała wolny wieczór. Pomimo że region Mendozy słynie z produkcji wytrawnych win to nie ono królowało na stołach, ale litrowe piwo. Najczęściej było zamawiane wraz z kilkoma szklankami dla współtowarzyszy biesiady. Na stołach królowała … pizza. Wpływ kultury włoskiej na nawyki żywieniowe Argentyńczyków jest ogromny. Oprócz tego często widywane były empanadas czyli odpowiednik naszych polskich pierogów, z mięsnym nadzieniem, w wersji latynoamerykańskiej. Na koniec gastronomicznej wyliczanki nie można zapomnieć o wołowinie, najlepiej smakującej z grilla, dostępnego w wielu restauracjach.

Podczas zapoznawania się z miastem ale także na autostradzie można było zauważyć kilka  rzeczy. Chodzi o wydarzenie historyczne związane z konfliktem o Falklandy w 1982 roku. Jak wiadomo Argentyna zaczęła rościć prawa do wysp położonych w jej sąsiedztwie, należących do Wielkiej Brytanii. Zaczął się konflikt trwający 4 miesiące, który skończył się porażką agresora, czego efektem był późniejszy upadek junty wojskowej. W wojnie zginęło 649 żołnierzy argentyńskich, w tym kilku pochodzących z regionu Mendozy, których nazwiska upamiętniono na pomniku poległych. Do tego na trasie do Santiago można było spotkać tablice mówiące: "Malwiny należą do Argentyny". Jak widać porażka z Brytyjczykami wzmocniła poczucie dumy narodowej i zwiększyła nienawiść do Londynu. W 1986 roku podczas piłkarskich Mistrzostw Świata w Meksyku doszło do rewanżu. Wykonawcą "wyroku" był Diego Maradona, strzelając dwa gole Anglikom, w tym jeden ręką (jak później powiedział była to "ręka Boga") i eliminując ich z turnieju.

Następny dzień został poświęcony na zwiedzanie miasta. Jak można było przeczytać w różnych źródłach Mendoza nie ma zbyt wielu atrakcji do zaoferowania, jest to miasto idealne do wypadu na weekend i małych zakupów, szczególnie cenione przez Chilijczyków. My także byliśmy ciekawi co mają do zaoferowania miejscowe sklepy i często przekraczaliśmy ich progi. W porównaniu do Santiago jest tu o wiele większy wybór pamiątek związanych z Argentyną, są tańsze i jest duża różnorodność, więc każdy znalazł coś ciekawego. Po zakupach udaliśmy się do jednego z wielu parków na terenie miasta - Plaza Indepedencia. Jego główną częścią jest fontanna, która była w w remoncie. Obok niej była zlokalizowana mniejsza,  z … niebieską wodą! Kolor symbolizuje barwy Argentyny i robi piorunujące wrażenie na turystach. Oprócz tego na każdym kroku można było spotkać różnego rodzaju street performance'ów: muzyków, śpiewaków czy podobnej maści "artystów".

Podczas naszej całodniowej wędrówki udało się odnaleźć budynek poczty ( trochę przez przypadek) i weszliśmy tam aby wysłać pamiątkowe kartki do Europy. W sumie zebrało się ich ponad 20 i poprosiłem o znaczki. Jakież było moje zdziwienie jak pracownica poczty podała mi sumę jaką musiałbym zapłacić za wysłanie - ponad dwa tysiące argentyńskich peso! Okazało się że jeden znaczek kosztuje 85 peso i na dodatek nie jest w jednym egzemplarzu. Trzeba zakleić połowę kartki i dopiero można wysłać widokówkę do dalekiej Europy.

Co do pieniędzy to funt brytyjski jest wymienialny do peso argentyńskiego w skali 1/25, więc wyżej wspomniany znaczek pocztowy kosztował ok. 3,5 funta. Jeśli w Chile operowało się tysiącami to w ojczyźnie Maradony dziesiątkami, ale w znacznie gorszym stanie niż banknoty w ojczyźnie Pinocheta. Nominały argentyńskie są w bardzo złym stanie, porwane, nie zawsze całe i sprawiające wrażenie jakby się trzymało papier toaletowy a nie twardą walutę. W żadnym innym kraju na świecie nie spotkałem się z tak zniszczonymi pieniędzmi.

Wieczorna część pobytu upłynęła nam na szukaniu kantoru, który w końcu się odnalazł w budynku banku, ale i tak nie mogliśmy nic zrobić z powodu braku dowodu tożsamości. Na szczęście spotkaliśmy argentyńskich cinkciarzy, którzy trochę po słabszym kursie wymienili nasze peso chilijskie. Po transakcji zasiedliśmy do ogródka położonego na jednym z głównych deptaków. Jak to miało miejsce w Santiago tak samo i w Mendozie można było liczyć na występy muzyczne. Jednym z najlepszych był wirtuoz saksofonu, który swoją grą umilał wieczór przy flagowym piwie Quilmes.

Po skończonym show na drugiej części ulicy zaczęła się gromadzić ekipa taneczna do flamenco. Jest to jeden z najpopularniejszych stylów tanecznych państw latynoamerykańskich i widocznie jedna z licznych szkół tańca zaczynała swój pokaz. Po kilku minutach przygotowań zaczęła się fiesta I nie tylko oni tańczyli ale do pląsów włączali się coraz to nowi ludzie - przechodnie, klienci barów czy bawiące się obok dzieci. Widok i wrażenia z jak kosmosu! W czwartkowy, mogłoby się wydawać zwyczajny wieczór, cała ulica zaczyna pląsać w tanecznych rytmach. Można sobie wyobrazić jak wygląda centrum miasta podczas weekendów czy świąt państwowych. La vida loca!

W piątkowy poranek pożegnaliśmy Urbana Class Hotel i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Santiago. W tym przypadku ponownie zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie i mogliśmy patrzeć na Aconcaguę, leżącą w kierunku naszej jazdy. Mijaliśmy rozległe winnice regionu Cuyo, po czym zaczęliśmy się wdrapywać na coraz to wyższe wysokości. Równolegle do szosy usadowione są tory kolejowe, w przeszłości łączące Buenos Aires i Valparaiso do roku 1984, kiedy to całkowicie zamknięto trakt. W każdym bądź razie kolej przegrała z transportem kołowym. Patrząc na położenie szyn, czasem blisko niebezpiecznych urwisk i stromych zboczy trzeba było mieć żelazne nerwy aby pracować jako maszynista.

Po kilku godzinach dotarliśmy do punktu granicznego pomiędzy Argentyną a Chile, znajdującego się w długim tunelu. O tym, że wjechaliśmy na teren sąsiedniego państwa informuje tabliczka z flagą a także kierowca, który użył klaksonu. Po wyjechaniu i pokonaniu kilku kilometrów przyjechaliśmy do przejścia granicznego w Los Libertadores. Kontrol ze strony strażników chilijskich jest trochę odmienna niż w Argentynie. Wszyscy pasażerowie muszą mieć sprawdzone bagaże, które stawia się na specjalnym stole, gdzie zostają "obwąchiwane" przez wyszkolonego psa. Miłe czworonogi są w stanie rozpoznać najmniejszą porcję narkotyków czy innych zakazanych rzeczy. Mogą nimi być nawet artykuły pochodzenia zwierzęcego czy warzywa, o czym mówi stosowny zapis. Ostatecznie, w porównaniu do przejścia argentyńskiego, obsługa była o wiele sprawniejsza i szybko ruszyliśmy w stronę Santiago. Ponownie jechaliśmy serpentynami, tylko w tym przypadku zjeżdżaliśmy w dół. Jak niebezpieczna jest to trasa świadczą małe krzyże często rozstawione wzdłuż drogi, na których widnieje flaga i zdjęcie osoby poszkodowanej. Lokalnym także zwyczajem jest stawianie plastikowych butelek z wodą.

Ostatecznie po 8 godzinach jazdy piątkowym późnym popołudniem docieramy do stolicy. Udało nam się uniknąć większych korków przy wjeździe do miasta, ale za to utknęliśmy przy wjeździe na dworzec autobusowy! Trafiliśmy na szczyt, kiedy większość zamierzała wyjechać z Santiago. Po półgodzinnym oczekiwaniu wreszcie udało nam się wjechać na stanowisko i opuścić wygodny autobus.

To nie był koniec atrakcji na piątek, gdyż po powrocie do hostelu i krótkim odpoczynku udaliśmy się na dzielnicę Bellavista, będącą imprezowym sercem miasta. I faktycznie tak było - tłumy osób, zmierzających w kierunku klubów i barów, latynoska muzyka wylewająca się z głośników i ekspresyjny gwar wieczornych rozmów pozwalał wczuć się w klimaty chilijskie. Skorzystaliśmy z oferty jednego z klubów, posiadającego salę barową a także parkiet taneczny. Cena wejściówki do tego drugiego wynosiła 2 tysiące peso dla kobiet i 8 tysięcy dla panów. Podczas picia piwa zaczęliśmy rozmowę z młodymi bywalcami tych rejonów i po tym jak powiedzieliśmy skąd jesteśmy to zapałali do nas przyjaźnią krzycząc "Polakko, Polakko"!. Do tego kojarzyli oczywiście naszą gwiazdę eksportową czyli Roberta Lewandowskiego. Ciekawie się z nimi spędziło kilka chwil, po czym wstąpiliśmy do kolejnego klubu, gdzie głównym napitkiem była wódka Wyborowa! Kto by się spodziewał, że w dalekim Santiago nasz produkt będzie jednym z wiodących w karcie drinków.

Sobota była ostatnim całym dniem w Chile, więc chcieliśmy ją odpowiednio spożytkować. Na początku pojechaliśmy do najbardziej oddalonego punktu czyli Estadio Monumental. Niestety w tym przypadku doszliśmy do obiektu i jedynie mogliśmy "pocałować klamkę". Cel naszej wizyty czyli klubowe muzeum Colo Colo, najbardziej utytułowanego piłkarskiego klubu w Chile, było zamknięte dla zwiedzających. Trochę zawiedzeni takim faktem wróciliśmy do centrum i kupiliśmy bilety do miejskiego zoo. Jego usytuowanie na zboczach góry Cerro San Cristobal pozwala na obserwację zwierząt a także pięknej panoramy miasta. Zdjęcie lamy z Santiago w tle jest atrakcyjną propozycją dla fanów fotografii. Dla mnie głównym celem było zobaczenie kondorów andyjskich - jednych z największych ptaków żyjących na ziemi, których rozpiętość skrzydeł wynosi do 3 metrów. Występują one w zachodnim pasie Ameryki Południowej i są ważnym elementem kultury wielu państw. Ich wizerunek pojawia się w herbach Chile, Kolumbii, Ekwadoru czy Boliwii.

Oprócz kondorów można było zobaczyć wiele gadów czy płazów charakterystycznych dla kontynentu południowoamerykańskiego a także australijskiego. Kangury są jedną z atrakcji zoo w Santiago.

Ważnym punktem na mapie Santiago jest muzeum sztuki prekolumbijskiej. Znajduje się ono niedaleko od Plaza Armas a wstęp kosztuje 4,5 tysiąca peso. Jednym z najciekawszych jego punktów jest dział "Chile przed Chile", pokazującym historię terenów obecnego państwa na wiele wieków przed nastaniem hiszpańskich konkwistadorów. W drugim dziale można zobaczyć eksponaty będące dziedzictwem kultury większości plemion zamieszkujących tereny dawnej Ameryki Środkowej i Południowej czyli Majów, Azteków, Inków czy ludów z rejonu wysp karaibskich. Niewątpliwie jest to nie lada gratka dla miłośników historii, którzy mogą w tym miejscu spędzić kilka godzin.

W niedzielny poranek zjedliśmy śniadanie, pożegnaliśmy się z miłą obsługą i udaliśmy się w stronę lotniska. Po drodze mijaliśmy stadion lekkoatletyczny i wtedy sięgnąłem pamięcią 17 lat wstecz do roku 2000-ego. Wtedy to odbywały się mistrzostwa świata juniorów w lekkoatletyce i jedyny złoty medal zdobył Marek Plawgo, rekordzista Polski na dystansie 400 metrów przez płotki, zawodnik lubiany i szanowany przez kibiców.

Po przybyciu na lotnisko odebraliśmy nasze bilety, zdaliśmy bagaż i zostawiliśmy kartki pocztowe w okienku informacji. Dlaczego właśnie tam? Jak się okazało lotniskowa poczta była już zamknięta ale miła Chilijka ulitowała się nad nami  i zapewniła, że następnego dnia kupi znaczki za pieniądze które jej zostawiliśmy i wyśle do Europy. Inna sytuacja miała miejsce już po przejściu odprawy, gdzie okazało się, że lecąc na Stary Kontynent można nabyć tylko dwie butelki alkoholu. Nie chodziło o wino, jakich pełno w europejskich sklepach, ale o trunek destylowany na Wyspie Wielkanocnej, jednym z najbardziej oddalonych punktów na świecie. Oczywiście butelka tego napoju miała kształt Moai - charakterystycznych posągów stojących na Rapa Nui lub Isla Paschua, jak się w innych językach określa to miejsce. Pożegnaliśmy się z Chile i całą Ameryką Południową 13-godzinnym lotem do Madrytu, skąd później dolecieliśmy do Londynu a ostatnim etapem podróży była 3-godzinna trasa do Bristolu. Po nieprzespanych kilkunastu godzinach kierowanie autem na ruchliwej autostradzie nie było zbyt rozsądną decyzją, ale dzięki mocnemu espresso udało się dotrzeć szczęśliwie do domu. Czas jaki upłynął od momentu wyjścia z hostelu w Santiago do domu wyniósł ponad 24 godziny. Niezły wynik, w porównaniu do czasów Ignacego Domeyki, najbardziej czczonego Polaka w Chile, którego podróż powrotna do kraju pod koniec XIX wieku zajęła 3 miesiące.


 

 

 

 

 


 

 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (19 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=