karolaroundtheworld - Islandia

Islandia - wyspa wulkanów, gejzerów i wodospadów

Islandia swoim wyspiarskim położeniem zachęca do bliższego poznania. Patrząc na atrakcje turystycznie nie jest ona gratką dla plażowiczów ani imprezowiczów pragnących klubowych pląsów do białego rana. Fani takiej rozrywki muszą skierować swoje kroki na inną wyspę o nazwie Ibiza. Islandia posiada za to całkiem inne atuty, wyjątkowe w skali światowej, takie jak wybuchające gejzery, aktywne wulkany, malownicze wodospady czy Spa pod gołym niebem.

Dla mnie ten kraj od zawsze wydawał się ciekawym miejscem na turystyczny wyjazd, jednak zawsze przeszkodą była komunikacja. Loty do stolicy -Rejkjawiku były dostępne z Londynu tylko u drogich przewoźników takich jak British Airways czy Iceland Air. Na szczęście Islandia dostała się w sieć tanich połączeń lotniczych w postaci połączeń Easy Jet z Wielkiej Brytanii. Oczywiście także i Bristol doczekał się regularnych lotów na wyspę dwa razy w tygodniu, więc takiej okazji nie mogłem przepuścić. Koszt biletów wyniósł 108 funtów w obie strony, wylot rano w czwartek i powrót w niedzielne popołudnie.

Przygotowania do wyprawy zaczęły się jak zawsze czyli na skompletowaniu map, poradników a także książki napisanej przez Polkę mieszkającą od lat na tej pięknej wyspie. Dowiedziałem się z niej o zaletach a także i przywarach jej mieszkańców czy opisów ciekawych potraw takich jak zgniłe mięso rekina czy pieczony barani łeb. Kolejnym etapem była rezerwacja auta, które jest niezbędne dla osób chcących odjechać kilka kilometrów od stolicy i zobaczyć najważniejsze atrakcje. Udało mi się zabukować Toyotę Yaris, auto bez napędu na cztery koła, jednak nie zamierzałem wjeżdżać w interior i podróżować bezdrożami. Jeśli chodzi o wypożyczenie auta na Islandii to ubezpieczenie uwzględnia tylko pomoc na drogach asfaltowych, zaś w przypadku zjazdu na bezdroża i przykładowym ugrzęźnięciu w błocie czeka na wypożyczającego wysoka kara.


W końcu nadszedł dzień wylotu z Bristolu, skąd, wraz ze znajomymi, wzbiliśmy się w powietrze liniami Easy Jet. Podróż upłynęła dość szybko i po niecałych trzech godzinach lotu naszym oczom ukazało się islandzkie wybrzeże. Po odebraniu auta ustawiliśmy nawigację na kierunek Błękitna Laguna. Jest to jeden z najważniejszych punktów na turystycznej mapie Islandii, tłumnie odwiedzanego przez wszystkich amatorów Spa pod gołym niebem. To wyjątkowe miejsce położone jest w bliskim sąsiedztwie skał wulkanicznych i jest widoczne z dalszej odległości z racji obłoku pary unoszącej się ponad. Po zakupie biletu, otrzymuje się szlafrok i zestaw specjalnych kremów do pielęgnacji skóry, po czym wychodzi się z budynku kierując swoje kroki do ogromnego basenu pod gołym niebem. Błękitna Laguna, oprócz możliwości kąpieli w Spa, oferuje trzy rodzaje sauny, sztuczny wodospad i za dodatkową opłatą lecznicze masaże.



Po kilkugodzinnym pobycie opuściliśmy tą perełkę Islandii udając się do stolicy - Rejkjawiku. Jazda po 100 tysięcznym mieście obyła się bez korków i udało nam się zaparkować auto w centrum, tuż przy naszym hostelu. Leżąca w niedalekiej odległości High Street zachęcała do odwiedzin, więc udaliśmy się w jej stronę. Na głównej ulicy zgromadzone było całe życie nocne czyli  bary, kluby czy dyskoteki. Spędzając czas w Rejkjawiku nie zwraca się uwagi na godzinę, więc doznałem lekkiego szoku patrząc na zegarek, gdzie wskazówka wskazywała godzinę 1.30 w nocy, zaś w dalszym ciągu było jasno! Słońce zachodzi tylko na dwie godziny po godzinie 2 i po chwili mroku znowu nastaje dzień. Jednak drugą stroną medalu są zimy, kiedy dzień trwa tylko przez kilka godzin w ciągu doby, więc nie ma co się dziwić Islandczykom wyczekującym i hucznie celebrującym nadejście pierwszych dni lata.

Mogłoby się wydawać dla osób z zewnątrz, że Islandia to tylko Rejkjawik. Błąd. Główne atrakcje są rozsiane na całej wyspie, jednak większa część z nich jest położona w niedalekiej odległości od stolicy. Naszym kolejnym celem było Pingvellir, położone na północnej części największego islandzkiego jeziora Pingvallavatn. Właśnie w tym miejscu zaczęła się historia kraju z racji tego, że już w 930 roku zebrał się po raz pierwszy islandzki parlament - Althing oraz w 1944 roku ogłoszono niepodległość. Oprócz tego zbiegają się tutaj dwie płyty tektoniczne - północnoamerykańska i euroazjatycka, na skutek czego obszar posiada zwiększoną aktywność sejsmiczną i wulkaniczną.




 

Następnie udaliśmy się w stronę jednej z najważniejszych atrakcji czyli gejzerów. Zbliżając się do tego miejsca można było zauważyć, jak w przypadku Blue Laguny, kłęby pary wodnej obwieszczającej obecność ciepłej wody na powierzchni ziemi. Po zaparkowaniu auta naszym oczom ukazał się ogrodzony plac z małymi i większymi oczkami wrzącej wody. Największym zainteresowaniem cieszył się najważniejszy gejzer czyli Strokkur, wystrzeliwujący słup wody na wysokość 30 metrów. Raz na 5 minut aktywuje się wyrzucając ogromną ilość gotującej się wody, po czy wraca do fazy oczka wodnego. Jest to niebywała atrakcja dla każdego, wokół zawsze jest zgromadzona duża rzesza łowców atrakcyjnych ujęć i nie ma się czemu dziwić bo podobne atrakcje są dostępne, poza Islandią, tylko w Stanach Zjednoczonych i Nowej Zelandii.



Kolejnym etapem wyjazdu był jeden z najpiękniejszych wodospadów na świecie Gulfoss. Na jego wyjątkowość składają się dwie kaskady z przepływającą ogromną ilością wody, na skutek czego w przeszłości była planowana tutaj elektrownia wodna. Jednak skuteczne protesty ekologów zmieniły plany i w miejsce elektrowni powstał park narodowy. Dojście do atrakcji jest bardzo łatwe z racji licznych punktów widokowych, pozwalających uchwycić aparatem ten cud natury z wielu pozycji.



W sobotę nadszedł czas na najdłuższą wyprawę. Celem końcowym była wioska na południu wyspy - Vik.  Po drodze mieliśmy zamiar wybrać się pod lodowiec Myrdalsjokull, łamiąc tym samym zasady wypożyczalni, zabraniającej jazdy po drodze nieutwardzonej. Naszym celem był Porsmork. Zmierzając do naszego celu po lewej stronie udało nam się zobaczyć dwa malowniczo położone wodospady, które urzekały swoim pięknem. Nie były one zaznaczone w przewodniku, dlatego były znane tylko miejscowym właścicielom pensjonatów i turystom gubiącym się w interiorze Islandii. Po zrobieniu fotek udaliśmy się w stronę lodowca, jednak kilka kilometrów później skończyła się droga asfaltowa i zaczęła się żwirowa. Niestety, nie była w zbyt dobrym stanie i dalsza, kilkunastokilometrowa jazda mogłaby się okazać złym pomysłem. Zmieniliśmy nasze plany co do zwiedzania lodowca i wróciliśmy ponownie na trasę nr 1, obiegającą całą Islandię. W drodze do Vik mijaliśmy najsławniejszy wulkan -Hekla a także winowajcę całego zamieszania w 2010 roku, kiedy to wybuch wulkanu Eyjafjallajokull sparaliżował ruch lotniczy nad całą Europą. Kolejnymi punktami postojowymi były dwa wodospady, położone tuż przy trasie. Ten większy zrobił ogromne wrażenie z racji swojej dostępności. Można go obejść i poczuć wodną mgiełkę stojąc za lustrem spadającej wody.



Kolejnym wodospadem był oznaczony we wszystkich przewodnikach z odpowiednią infrastrukturą turystyczną - Skogafoss. Podobnie jak poprzednie zrobił niesamowite wrażenie i jest końcowym efektem topiącego się lodowca. Ciekawostką w tym miejscu jest początek szlaku turystycznego prowadzącego na lodowiec, jak i możliwość  rozbicia namiotu na specjalne przygotowanym do tego polu. Jednak w ostatnich dniach maja nie cieszyło się ono zbytnią popularnością bo tylko jeden namiot został postawiony przez miłośników spędzania wolnego czasu w interiorze Islandii.



Ostatnim etapem była mała miejscowość o nazwie Vik, słynąca z czarnych plaż. Podobne miałem okazję podziwiać na Lanzarote, jednak islandzkie były przyjemniejsze w dotyku bo miały mniej ostry piasek. Z góry roztacza się piękny widok na szumiące fale oceanu, które dobijają do skalistych klifów.

Ostatnim akcentem naszego pobytu na Islandii było skosztowanie jednej z najbardziej ohydnych potraw na świecie czyli hakarla. Jest to mięso rekina, zakopanie w ziemi na okres 6 miesięcy, poddawane procesom gnilnym i po odkopaniu podawane jako lokalny przysmak (albo raczej jako lokalne ekstremum!). Koszt takiej przyjemności wynosi ok 8 funtów, na co składa się kilka kawałków mięsa z odurzającym zapachem, serwowane razem z kieliszkiem wódki, zapewne na odkażenie toksyn zawartych w gnijącym się mięsie. Drugą potrawą, na którą jednak się nie skusiliśmy, była głowa barana podawana na talerzu jako danie główne, z ziemniaczkami i surówką jako dodatki. Smacznego!






































 

 

Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (26 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=