karolaroundtheworld - Malta

Malta - wyspa skalistych plaż



Pod koniec roku zastanawiałem się gdzie spędzić resztki urlopu, którego zostało mi raptem trzy dni. Sprawdzając połączenia lotnicze z Bristolu w grę wchodziły dwie opcje: portugalska Madera lub Malta. Ostatecznie wybór padł na wyspę położoną na Morzu Śródziemnym, zaliczaną także do najcieplejszego miejsca w Europie w miesiącach późno-jesiennych i zimowych. Do tego miano wyspy tętniącej życiem przez cały rok także zachęcała do odwiedzin.

 

Z lotniska w Bristolu na Maltę można się dostać wieloma liniami, jednak prawie zawsze oferta Ryan Air wydaje się być najbardziej korzystna. Lot miałem w środę o godzinie 19 i po trzech i pół godzinach wylądowałem na wyspie. Od razu, po wyjściu z samolotu, nastąpił powiew ciepłego powietrza, potwierdzając tym samym regułę o ciepłym klimacie. Szybka odprawa, odbiór auta i przejście na parking. Jednak jak się okazało, auto nie było Oplem Astrą, która została wcześniej zamówiona, tylko Kią Seed. Do tego mój GPS niestety nie obejmował Malty! Musiałem ponownie skierować swoje kroki w stronę wypożyczalni w celu dostania odpowiedniej nawigacji. Oczywiście za dodatkową przyjemność musiałem dopłacić 30 euro, co jednak i tak okazało się dobrą inwestycją bo jeździć po Malcie tylko z mapą w ręku gwarantuje ogromny stres, co przedstawię później.




 


Po dojechaniu do hotelu, który był położny tuż przy malowniczej zatoce Saint Julian, rejestracji i zostawieniu bagaży cała nasza ekipa udała się na wieczorne piwo do jednego z licznych klubów. W końcu mieszkaliśmy w Paceville, najbardziej imprezowym miejscu na Malcie a także określanym przez niektórych jako klubowa stolica Morza Śródziemnego. Było już grubo po północy i nie spodziewaliśmy się tłumów na mieście. Jednak byliśmy w błędzie. Pomimo środowej późnej pory można było spotkać dość znaczną liczbę imprezowiczów przechodzących główną ulicą w Paceville. Największa frekwencja była w klubie grającym muzykę latynoamerykańską, więc nasze kroki skierowaliśmy właśnie tam. Od razu z miejsca spróbowaliśmy lokalnego piwa o nazwie Cisk, które jednak nie zachwycało swoim smakiem. Gośćmi tego miejsca byli w większości miejscowi lub studenci odreagowujący stres na uczelni. Turystów nie było zbyt wielu.  Jak mi powiedział jeden ze stałych bywalców życia nocnego poza sezonem pojawiają się oni zwykle w weekendy. Ostatecznie impreza w klubie latino skończyła się dla mnie o godzinie 4 rano, tańcząc w rytm południowoamerykańskich przebojów z nowopoznaną koleżanka z Japonii.

W kolejne dni czyli czwartek, piątek i sobotę można było zauważyć zwiększającą się liczbę osób uczestniczących w życiu nocnym Malty, osiągając apogeum w piątek. Główna ulica na dzielnicy St Julian była prawie nie do przejścia, każdy klub był wypełniony po brzegi ludźmi szukającymi dobrej zabawy a głośna muzyka sącząca się głośników rozpościerała się na całej długości ulicy.




Jednak nie samą imprezą człowiek żyje. W czwartek nadszedł  czas na zwiedzanie Malty. Pierwszym punktem były Dingli Cliffs, położone na zachodzie wyspy. Znajdowały się one niecałą godzinę jazdy od naszego hotelu i jak się okazało, było to najwyżej położone miejsce na wyspie. Klify mają wysokość do 270 metrów i robią ogromne wrażenie. Z góry rozpościera się wspaniały widok na morze, do tego na zboczu jednego z nich stoi mały kościół, dodając kolorytu temu miejscu. Patrząc w dół można zauważyć także zabudowania, w których mieszkają ludzie. Moim zdaniem nie jest to dobry pomysł, bo osuwiska czy spadające skały nie są ewenementem w tym miejscu. Widocznie piękno tego miejsca jest bardziej cenione kosztem bezpieczeństwa.



Następnym etapem podróży było położone na południu Blue Grotto. Jak sama nazwa wskazuje jest to grupa jaskiń wodnych wyrzeźbionych przez dobijające do brzegu fale. W słoneczny dzień woda zmienia kolor na kobaltowy, lazurowy czy fioletowy i jest nie lada gratką dla miłośników fotografii. Aby dostać się do wodnych grot trzeba wykupić rejs, jednak nie skorzystaliśmy z tej opcji. Po prostu przyjechaliśmy zbyt późno i mogliśmy tylko zobaczyć z góry jak wygląda wejście do Blue Grotto.



Po drodze mijaliśmy starą stolicę Malty - Mdinę, miasto o długiej historii, zamieszkanej już od 4 tysiąclecia przed naszą erą. Jest to teraz mała miejscowość z najważniejszym punktem - Katedrą Świętego Pawła, wąskimi uliczkami i głównym placem. Niestety, nic się nie zachowało z najstarszych etapów historii miasta, kiedy to historyczne zabudowania uległy całkowitemu zniszczeniu w 1693 roku na skutek katastrofalnego trzęsienia ziemi.



Kolejny dzień był czasem najdłużej wycieczki, mianowicie na nieodległą wyspę Gozo. W celu dostania się na nią trzeba było dojechać na północ do portu, gdzie co pół godziny odpływa prom. Wjazd na sąsiednią wyspę jest za darmo, jednak podróż w powrotną stronę jest płatny. Wjeżdżając na statek trzeba zachować szczególną ostrożność, bo odległości pomiędzy autami ustawionymi w trzech rzędach sięgają kilkunastu centymetrów! Po zaparkowaniu można udać się do baru na kawę albo rozkoszować się 30-minutową przeprawą morską. Gozo ma charakter rolniczy, widoczne są pola uprawne, winnice i farmy. Jest bardziej zielona niż większa sąsiadka z południa i mniej zaludniona. Jednym z najważniejszych miejsc jest Azure Window. Jest to formacja skalna przypominające angielskie Durdle Door, położone obok wysokich na ponad 100 metrów klifów. Jedną z atrakcji jest możliwość przepłynięcia wodnej jaskini łódką. Trwa to 15 minut i sprawia niezapomniane wrażenie, szczególnie będąc blisko klifów, w które z ogromnym impetem uderzają fale.



Azure Window jest także wymarzonym miejscem na sesje zdjęciowe, czego byliśmy świadkami jak jedna z niemieckich modelek prezentowała swoje wdzięki w tle unikalnej formacji skalnej. Oprócz tego można tam było spotkać lokalnych muzyków i nabyć płyty z maltańską muzyką.




 

Drugą atrakcją na wyspie Gozo jest stolica czyli Victoria. Jest to małe miasto z górującą w tle cytadelą, której budowniczymi byli Aragończycy i Joannici. Życie toczy się wolnym rytmem dla lokalnych mieszkańców, którzy spędzają popołudnia w restauracjach czy pijalniach piwa, czekając na koniec sjesty. Jest to termin znany na południu Europy, kiedy to kilkugodzinna przerwa jest spowodowana dokuczliwym upałem. W przypadku Malty trwa ona 4 godziny i niemożliwe jest wtedy załatwienie żadnej sprawy. Taki lokalny zwyczaj.



Końcowym punktem eksploracji Gozo była Xlendi Bay. Jest to malowniczo położona, zatoka skalna, wciskająca się wąskim pasmem aż do usytuowanego na jej końcu hotelu. Nie zawsze jest to dobre dla gości spędzających wolny czas na tarasie, którzy po większym uderzeniu fali o falochron zostają zmoczeni do suchej nitki.



Ostatnim dniem zwiedzania Malty była sobota, na którą zaplanowaliśmy obejrzenie egzotycznej dla nas ligi piłkarskiej. Po dwugodzinnym błądzeniu po La Valeccie w końcu znaleźliśmy utęskniony stadion. Gubiąc się  po mieście mieliśmy okazje doświadczenia jazdy po bardzo wąskich uliczkach, gdzie dosłownie o "grubość lakieru" przeciskaliśmy się pomiędzy zaparkowanymi autami. Niestety, nie mieliśmy więcej czasu na poznanie stolicy, ograniczając naszą wizytę do przejazdu  obok największych atrakcji.

Wracając do jazdy autem na Malcie. Obowiązuje tutaj ruch lewostronny, tak samo jak w Wielkiej Brytanii. Kierowcy na tej wyspie nie przestrzegają żadnych zasad, obojętne jest dla nich czy mają pierwszeństwo czy nie. Przy wjeździe na rondo nie respektowali mojego pierwszeństwa, podobnie przy włączaniu się do ruchu na autostradzie. Inną sprawą jest prędkość. Widocznie nikt tam nie przestrzega przepisów dotyczących prędkości, czego miałem przykład w postaci znacznej liczby klaksonów od kierowców jadących za moim autem. Po prostu jadąc regulaminową prędkością łamałem niepisane, lokalne prawo do szybkiej jazdy. Do tego stan dróg szokuje, czego obrazem były dziury na głębokość połowy koła czy braku wyraźnego, poziomego oznaczenia elementów jezdni takich jak rondo czy pas ruchu.

Podsumowując wypad na Maltę można polecić ją jako wspaniałe miejsce na urlop. Oferuje ona wszystko, czego turysta zapragnie, począwszy od zapierających dech widoków, dobrego jedzenia (polecam Aljotte czyli maltańską zupę rybną), ciepłego morza czy na tętniącym życiu nocnym skończywszy. Jest najlepszą opcją do siedmiu dni, podczas których można zobaczyć wszystkie atrakcje a zarazem odpocząć przy basenie hotelowym.



























 

 

 

Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (40 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=