karolaroundtheworld - Tajlandia

Tajladnia - kraj króla i uśmiechu

Listopadowa pogoda w Europie nie rozpieszcza. Deszcz, wiatr, chłód czy krótki dzień kończący się o godzinie 16-stej nie pozwala na "rozkoszowanie" się pogodą. Jest jednak alternatywa dla jesiennej pluchy jakim jest 12-godzinny lot na inny kontynent. Azja Południowo-Wschodnia a w szczególności Tajlandia jest kierunkiem idealnym do spędzenia kilku dni w ciepłych promieniach słonecznych.

LINK DO FILMIKU Z TAJLANDII Z MOJEGO KONTA NA YOUTUBE

Analizując przewodniki czy strony turystyczne każdy poleca ten kraj na urlop czy nawet dłuższy pobyt ze względu na ciepły klimat, piękne krajobrazy, wyjątkową kuchnię, niskie ceny czy sposób bycia mieszkańców tego państwa. Wielu Europejczyków spędza w Tajlandii okres jesienno-zimowy, wracając na Stary Kontynent w okresie wiosennym, pracując kilka miesięcy, po czym ponownie udają się w kierunku azjatyckim. Jedną z osób zachwalających kraj jest Mateusz Borek, komentator sportowy Polsatu, który w jednym z wywiadów stwierdził, że zamierza tam kupić dom i przenieść się do oazy spokoju na kilka miesięcy.

Czytając pozytywne rekomendacje wielu osób nie można było podjąć innej decyzji niż kupno biletu i skierowanie się w kierunku azjatyckim. Loty do Bangkoku znajdują się w ofercie wielu przewoźników, jednak skuszony reklamą Thai Airways w stacji Eurosport nabyłem bilety w cenie 520 funtów w obie strony od tego operatora. Na decyzję miał wpływ także ranking linii lotniczych pod względem obsługi pasażera w klasie ekonomicznej. Tajski przewoźnik został wysoko oceniony w tej kategorii, więc to także miało wpływ na decyzję.

Wylot miał miejsce z londyńskiego Heathrow o godzinie 22, aby po 12 godzinach lotu wylądować na ziemi azjatyckiej. Wraz ze mną w podróż wyruszył Jacek, z którym wcześniej miałem przyjemność odwiedzić najważniejsze stadiony w Europie. Lot odbywał się na pokładzie Boeinga 777, największego samolotu pasażerskiego napędzanego dwoma silnikami. Rozkład foteli pozwalał na większą swobodę a rozrywka dostępna na pokładzie skutecznie umilała długie godziny lotu. Jako że było to nocne połączenie pasażerom podano kolacje, po czym większość zapadła w sen. Na dwie godziny przed lądowaniem obsługa zaserwowała kolejny posiłek, po czym na mapie lotu można było zobaczyć zbliżający się punkt końcowy czyli Bangkok.


Po opuszczeniu pokładu Boeinga 777, skąd wszyscy pasażerowie zostali pożegnani przez obsługę  Kob Kun czyli tajskim dziękuję. Udając się w kierunku bramek część turystów skierowała się w kolejną część podróży na południe Tajlandii, do Phuket. Druga grupa udała się w stronę odpraw i bagaży. Po wbiciu wizy turystycznej pozwalającej na pobyt do 30 dni i odebraniu bagaży trzeba było znaleźć transport do Pattayi. Jednak nie było to łatwe bo ciężko było się dogadać z obsługą lotniska, która dość słabo znała język angielski i zbytnio nie pomogła w odszukaniu przystanku z busami. Na szczęście dzięki wcześniejszemu przygotowaniu wiadomo było że trzeba podążać pod wyjście numer 12, skąd za cenę 250 bahtów (ok. 5 funtów) można było nabyć bilet bezpośrednio do hotelu.

Lotnisko w Bangkoku jest nowoczesnym obiektem, mogącym obsłużyć 45 milionów pasażerów rocznie, będąc jednym z największych w tej części Azji. Jednak w ciągu najbliższych kilku lat władze zamierzają znacznie je rozbudować tak aby miało przepustowość do 100 milionów pasażerów rocznie. W przypadku tego lotniska nie ma żadnych ograniczeń związanych z czasową obsługą ruchu pasażerskiego, który jest odprawiany 24 godziny na dobę.

Trasa z lotniska do Pattayi prowadzi trzypasmową autostradą i po półtoragodzinnej podróży dotarliśmy na przystanek autobusowy. Czekały tam na turystów specjalne mini-busy dowożące do poszczególnych hoteli. Nasz był oddalony o 20-minut jazdy i po przekazaniu 100 bahtowego napiwku dla kierowcy (sam o niego prosił) można było się udać do recepcji. Hotel czterogwiazdkowy, posiadał basen ulokowany wśród palm i drewniany budynek. Okazał się salonem masażu, gdzie można było rozkoszować się całą paletą ofert począwszy od stóp zakończywszy na aromatycznej, dwugodzinnej sesji.

W sumie od momentu trzaśnięcia drzwiami w domu, poprzez transfery, czas oczekiwania, lot, do rejestracji w tajskim hotelu minęło w sumie 25 godzin. Na tyle trzeba być przygotowanym jeśli się zamierza udać w podróż do Azji. Do tego różnica związana z czasem objawiająca się terminem jet lag może dać we znaki. Lądując w Bangkoku była godzina 17, zaś w Polsce zegar wskazywał trzynastą.

Pierwsze dwa dni zostały poświęcone na adaptację organizmu do wysokiej temperatury wynoszącej 33-34 stopnie i wysokiej wilgotności powietrza a także na poznaniu najbliższej okolicy. Pierwszą rzeczą jaka rzuciła się w oczy jest chaos panujący na ulicach. Już w drodze do hotelu kierowca zbytnio nie zważał na czerwone światło na jednym ze skrzyżowań, doprowadzając niemal do zderzenia ze skuterem, co potwierdzało tezę o nieprzestrzeganiu zasad bezpieczeństwa przez azjatyckich kierowców.

Inną sprawą był ruch pieszych. Można powiedzieć, że przechodzeń jest uważany za intruza, bo w całym mieście nie zauważyłem żadnego przejścia, sygnalizacji czy popularnej zebry. Aby udać się na przeciwległą stronę trzeba znaleźć lukę między trzypasmowym ruchem i szybkim krokiem albo wręcz biegiem udać się na przeciwległy chodnik. Drugą opcją jest wtargnięcie na jezdnię z podniesioną ręką w górze i liczenie na wyrozumiałość kierowców.

Kolejną ciekawostką jest ruch skuterów. Jak wiadomo jest to bardzo popularny środek lokomocji w krajach azjatyckich i podobnie było w Tajlandii. Szczególnie widoczny był w godzinach popołudniowych, kiedy wśród aut można było zauważyć dziesiątki małych motorynek przeciskających się pomiędzy samochodami. Większość kierujących nie posiada wymaganego w krajach europejskich kasku a także zbytnio nie przestrzega zasad mówiących o liczbie przewożonych pasażerów. W wielu przypadkach takim środkiem lokomocji podróżowała cała rodzina czyli ojciec, matka i dwoje małych dzieci. Skutery pełnią także rolę taksówek, do skorzystania z których ich właściciele zachęcają … klaskaniem.

Na jednym ze zdjęć można zauważyć istną pajęczynę kabli elektrycznych. Nie jestem pewny ale wygląda na to że każdy dom czy mieszkanie ma indywidualną linię doprowadzającą energię prosto z elektrowni lub rozdzielni. Plątaninę kabli można dostrzec na każdej z ulic i można sobie zadać pytanie jak służby radzą sobie z zerwanymi drutami? Dystans dzielący elektrownię od lokalu może wynosić kilkanaście kilometrów i czy przy każdej awarii jest sprawdzana cała linia?


Jedną z najdłuższych wypraw była na wyspę Koh Samed. Jest ona położona dwie godziny jazdy z Pattayi do małego miasteczka portowego o nazwie Ban Phe. Koszt taxi w jedną stronę wyniósł 1000 bahtów czyli ok. 20 funtów. Według informacji uzyskanych przed przylotem między oddaloną o 6 kilometrów wyspą a lądem kursował statek, gdzie koszt przepłynięcia tego dystansu wynosił 150 bahtów. Jednak w naszym przypadku można powiedzieć, że zostaliśmy oszukani. Zaraz po wyjściu z taksówki czekała na nas kobieta sprzedająca bilety, jednak nie na tani statek tylko na speedy boat czyli szybkie motorówki. Koszt od osoby w obie strony wyniósł 2 tysiące bahtow i na Koh Samed zameldowaliśmy się po 15-minutowym rejsie. Łódź dopłynęła nie do molo, skąd suchą nogą można było się dostać na ląd, tylko zacumowała kilkanaście metrów od brzegu. Szybki skok do pasa w ciepłą wodę i już jesteśmy na lądzie. Minutę po tym podszedł do nas strażnik i nakazał uiścić 200-bahtową obowiązkową opłatę za pobyt na wyspie, która jest częścią Parku Narodowego.

Pomimo porannych godzin na plaży można było zauważyć liczne grono turystów zażywających kąpieli morskich jak i słonecznych. Większość stanowili Japończycy i Koreańczycy, jedne z najliczniejszych nacji w tym turystycznym raju. Kolejną grupą byli nasi wschodni sąsiedzi - Rosjanie. Zapewne w związku z bojkotem egipskich i tureckich plaż część z nich udała się na malownicze plaże Tajlandii. Na wyspie znajduje się kilka hoteli, jednak w większości jest ona mniej komercyjna będąc idealnym miejscem do eksplorowania dla amatorów fotografii. Cała wyspa nie jest zbyt duża i używając skutera można ją zwiedzić w ciągu jednego dnia.

Większość turystów obecnych na wyspie oddaje się plażingowi i leżingowi na plaży z białym piaskiem, sącząc zimny sok z kokosa. Inną opcja niż leżenie pod palmą jest sport ekstremalny polegający na zapięciu się w spadochron i podczepieniu się pod motorówkę. Nabiera ona prędkości a klient wznosi się w powietrze na wysokość kilkunastu metrów. Taka tajska wersja kitesurfingu.





Ostatni kurs na stały ląd jest o godzinie 18-stej, skąd ponownie szybką motorówką powróciliśmy do portu Ban Phe. Po dobiciu do lądu udaliśmy się w drogę powrotną do naszego hotelu. Co jest ciekawostką nasz taksówkarz nie znał miasta i czas całej wyprawy wydłużył się o ponad godzinę. Cały dzień przy palącym słońcu dał nam we znaki i zaczęliśmy odczuwać pierwsze oznaki odwodnienia i zmęczenia wysoką temperaturą. Przy 34-stopniowej temperaturze i 80% wilgotności powietrza jest bardzo ważne aby przyjmować 3-4 litry płynów dziennie, szczególnie izotonicznych aby uniknąć odwodnienia i przegrzania organizmu. Niestety w pierwszych dniach pobytu podstawowe zasady nie były realizowane.

Następnego dnia celem zwiedzania było Sriracha Tiger Zoo położone od Pattayi o 1,5 godziny jazdy. Środkiem transportu była ponownie taksówka i można powiedzieć, że taka forma lokomocji była najlepszą opcją. Sieć połączeń autobusowych jest dostępna ale zamiast tracić czas na oczekiwanie w palącym słońcu lepiej od razu wsiąść do taryfy i udać się klimatyzowanym aucie w pożądanym kierunku. Przykładowe ceny za kurs dwugodzinny wynosił ok. 20 funtów a kierowca sam zaproponował powrót i czekał do momentu zakończenia zwiedzania.

Wracając do Tiger Zoo jak się okazuje nazwa nie zawsze odzwierciedla całość. Oprócz tygrysów można było znaleźć tam krokodyle, słonie, bawoły czy inne zwierzęta. Atrakcją numer jeden były jednak krokodyle. Zaraz po wejściu do ogrodu natrafiamy na akwen wodny odzwierciedlający naturalne środowisko życia gadów i na pierwszy rzut oka można dostać gęsiej skórki. Dziesiątki naczelnych wylegujących się w słońcu i pływających w ciepłej wodzie zrobi wrażenie na każdym obserwatorze. Każdy chętny po wpłaceniu małej kwoty rzędu 2 funtów mógł sam nakarmić gady. Był to kurczak zawieszony na długim kiju, dzięki czemu można było się przy tym drażnić i uciekać z jedzeniem przed krokodylem, zmuszając go do wzmożonego ruchu.

Drugą atrakcją było show z krokodylami. Jak to wygląda? Na specjalnym wybiegu pojawiła się młoda para zaczynając typowy tajski taniec z bambusowymi kijami, po czym zaczęli drażnić gady! Nie było to na zasadzie uderz - uciekaj, tylko brali je za ogon i obracali nimi wokół osi. Wtedy dochodziło do reakcji i krokodyl chciał ugryźć swojego dręczyciela. Na szczęście nie doszło do tragedii ale dla osób obecnych po raz pierwszy był to szok. Kolejną częścią było wkładanie rąk do paszczy potwora, masowanie go wewnątrz i nawet całowanie. Podsumowaniem całego wyjątkowego występu była jedna z prowadzących która po wcześniejszym wymasowaniu pyska włożyła swoją głowę aż do przełyku obleśnego gada! Nie ma co ukrywać zrobiła tym piorunujące wrażenie na obserwatorach, którzy gromkimi brawami i rzucanymi bahtami nagrodzili jej niepowtarzalny występ. Po skończonym show w cenie 2 funtów można było przełamać swoje lęki i stanąć do zdjęcia z największym krokodylem. Oczywiście skorzystałem z tej opcji. Siadając na jego grzbiecie poczułem bardzo twardą, wręcz opancerzoną skórę i stwierdziłem, że w przypadku bezpośredniej walki nie wyszedłbym z tej potyczki zwycięsko.

Następna atrakcja była ze słoniami azjatyckimi. Jest on mniejszy od swojego brata z Afryki ale po tym co zostało pokazane w show można wyrobić sobie zdanie o wielkiej sprawności tych z Azji. Bo czy widzieliście słonia grającego w koszykówkę? Dwa olbrzymy, dwie tarcze i pięć piłek na środku. Wynik 2:2 i walka o ostatnią akcję - emocję wręcz jak na meczu NBA! Takie rzeczy tylko w Tajlandii. W innym pokazie prowadzący wybrał z publiczności dziewczynę, położył ją na kocu a słoń nadepnął na jej pośladek. Na jej szczęście nie użył do tego całej masy bo doszłoby do tragedii. Jedynie ją lekko muskał swoją ogromną łapą. Trzeba przyznać, że tresura tych ogromnych ssaków jest na wysokim poziomie a występ dla publiczności jest podobną atrakcją jak ten z krokodylami.

Kolejnymi opcjami dla zwiedzających był pokaz z tygrysami czy wyścig … świń. Jednak w porównaniu z gadami czy słoniami był jedynie dodatkiem do głównego dania.





Wracając z Tiger Zoo nie można było odmówić zwiedzenia floating market czyli targu na rzece. Przekraczając bramę wejściową wchodziło się w świat prawdziwej Azji widocznej na zdjęciach dostępnych w przewodnikach turystycznych. Mnogość różnorakich towarów, zapach typowego pad thai, noodles czy szeroka barwa różnorakich towarów oferowanych przez uśmiechnięte Tajki powodowały zawrót głowy. Dla chętnych organizowano rejsy po rzece a każdy głodny mógł spróbować dań serwowanych prosto z łodzi na przenośnych kuchniach. Każdy mógł znaleźć coś ciekawego dla siebie czy dla znajomych jako prezent a ceny nie były zbyt wygórowane. Ostatnim elementem dodającym uroku była tajska muzyka sącząca się z kawiarnianych głośników, dzięki czemu pobyt na targu był wyjątkowym przeżyciem.





Sagrada Familia w Barcelonie. Zapewne większość kojarzy sławną katedrę zbudowaną przez Antonio Gaudiego. Wyobraźcie sobie, że ma swój tajski odpowiednik. Może trochę naciągany bo katalońska atrakcja jest zbudowana z ceramiki, szkła i betonu zaś The Truth Temple jest drewniana. Świątynia Prawdy - tak brzmi polska nazwa tego wybitnego dzieła, położonego w niedalekiej odległości od Pattatyi. Spoglądając z góry można odnieść wrażenie przeniesienia się w czasie o kilka wieków wstecz i obserwowania jak postępują prace budowlane. Jednak jest to złudne bo faktem jest to, że budowa obiektu zaczęła się ledwie 30 lat temu i w dalszym ciągu są prowadzone prace. Wchodząc do środka można się przyjrzeć z bliska pracy rzeźbiarzy, którzy misternie przekształcają kawałki drewna w figury Buddy i innych bóstw wyznawanych przez Tajów. Ogólnie z zewnątrz każdy metr jest pokryty różnego rodzaju postaciami religijnego bóstwa. Podobnie jest wewnątrz, gdzie na głównym miejscu znajduje się posąg Buddy a także zdjęcie króla i królowej. Specjalnie przygotowane miejsce pozwala oddać cześć stwórcy i odmówić modlitwę. Niewątpliwie taka świątynia jest ewenementem na skalę światową z racji swojej drewnianej konstrukcji i wyjątkowych rzeźb. Do tego położenie przy brzegu morza a także obok małego jeziorka podwaja walory poznawcze.



Nong Nooch Tropical Botanical Garden jest miejscem które pierwotnie miało być plantacją egzotycznych owoców, jednak później został ogrodem służącym ochronie zagrożonych wyginięciem gatunków. Z czasem park został przekształcony w jedną z głównych atrakcji turystycznych. Niewątpliwie jedną z atrakcji są orchidee, kaktusy i drzewka bonsai. Wszystko jest zadbane, idealnie przystrzyżone i wyglądające jak w bajce. Dodatkową atrakcją (a może nie?) są plastikowe ptaki i zwierzęta rozstawione na trawnikach. Jest to także idealne miejsce dla fanów fotografii, którzy w tropikalnym plenerze mogą zrobić ciekawe ujęcia o każdej porze dnia. Park jest miejscem, gdzie z pewnością można aktywnie spędzić cały dzień z racji dodatkowych różnorakich atrakcji.




Od samego początku pobytu w Tajlandii jedna rzecz rzucała się w oczy na każdym kroku - zdjęcie króla. Na lotnisku, wzdłuż autostrady, na budynkach czy w świątyniach można było zauważyć królewską postać. Bhumibol Adulyadej - tak się nazywa władca "Syjamu", który jest także tytułowany jako: Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona. Jak widać jego potęga jest ogromna i ma on ogromne poważanie wśród swoich poddanych. Za obrazę majestatu można pójść do więzienia na okres od 3 do 15 lat, do tego płacąc banknotami z jego podobizną klient jest zmuszony do położenia ich głową do góry. Jeśli chodzi o trzymanie nominałów to muszą one być schowane w portfelu a nie w kieszeniach.

Przechodząc obok budynków, domów czy hoteli można zauważyć oryginalne kapliczki. Na pierwszy rzut oka wydają się ołtarzami na których czci się Buddę, jednak nie jest to prawdą. Są to Sala Phra Pum czyli miejsca kultu dla duchów zapewniających spokój i szczęście dla domowników. Aby dobre duchy w większym stopniu były przychylne mieszkańcy zapewniają im małe porcje ryżu czy kurczaka a do popicia czerwony napój ze słomką. Warto zauważyć, że podczas ponadtygodniowego pobytu nie spotkałem się z przypadkiem braku świeżego pokarmu czy czerwonego napoju.

Jeśli chodzi o ceny to Tajlandia jest tania. Na każdej ulicy znajduję się market 7/11 (seven-eleven), w którym można kupić wszystko co jest potrzebne do funkcjonowania. Ceny są niższe niż w Polsce i faktycznie największym wydatkiem w przypadku urlopu w Tajlandii jest bilet lotniczy. Sam koszt pobytu w Azji nie musi rujnować nam kieszeni jeśli się korzysta z komunikacji publicznej, sypia w tanich hostelach czy spożywa posiłki z mobilnych gar-kuchni porozstawianych wzdłuż ulicy. Inna sytuacja jest w przypadku biletów wstępu do atrakcji turystycznych. Są dwie ceny - niższa dla obywateli Tajlandii i dwa razy droższa dla zagranicznych turystów. Na przykład wstęp do świątyni prawdy kosztowała 500 bahtów ( ok. 10 funtów) dla obcokrajowców, zaś dla miejscowych bilet kosztował 250 bahtów. Nie ma co ukrywać że wielu sprzedawców czy taksówkarzy żeruję na Farangach czyli białych turystach oferując cenę za usługę dwa razy wyższą niż dla miejscowych.

Pracownicy z sektora turystycznego w przypadku zawyżania cen dla Farangów zarabiają dobre pieniądze w porównaniu do innych prac. Poniżej tabela przykładowych stawek dla niektórych profesji: 6 złotych/funt = 55 bahtów

Pensja w pierwszej pracy świeżego absolwenta tajskiego uniwersytetu

10 - 15 000B miesięcznie

Godzinna stawka pracownika sklepu 7 / 11

40B

Pensja policjanta z "drogówki"

8 - 12 000B

Stawka za godzinną prywatną lekcję angielskiego z obcokrajowcem

300 - 1000B

Pensja nauczyciela angielskiego (obcokrajowca) w tajskiej szkole państwowej

25 - 35 000B

Pensja nauczyciela angielskiego (obcokrajowca) w szkole międzynarodowej

50 - 100 000B

Pensja kelnerki, sekretarki, barmana, kierowcy autobusu, itp.

5 - 10 000B

Pensja tajskiego menadżera w średniej wielkości tajskiej firmie

30 - 45 000B

Dzienna płaca minimalna poza Bangkokiem

150 - 197B

Dzienna płaca minimalna w Bangkoku

203B

 

Wracając do jedzenia to tajska kuchnia jest uważana za jedną z najlepszych na świecie. Mnogość i dostępność przypraw ma tutaj znaczenie najważniejsze. Wchodząc do restauracji i przeglądając menu możemy doznać zawrotu głowy od różnorodności dań. Jak można się domyślać głównymi elementami tajskiego menu są owoce morza a także kurczak. Do wielu potraw, w tym także zup, jako przystawka jest podawany ryż. Większość rzeczy jest pikantna a nawet zamawiając dania bez ostrych przypraw po pierwszych kęsach można odnieść wrażenie palenia w gardle. Jednym z najlepszych rarytasów jest kurczak sprzedawany z ulicznego grilla. Jest to pierś marynowana w słodkiej przyprawie i po kilkuminutowym grillowaniu ma nieziemski smak. Do tego kosztuje mniej niż 1 zł za sztukę!



Na koniec całej relacji trzeba wspomnieć o Pattayi jako miejscu typowo turystycznym, gdzie życie nocne tętni do białego rana. Historia miasta jako miejscowości wypoczynkowej zaczęła się prawie 50 lat temu, gdy na wybrzeżu zaczęli spędzać urlop żołnierze amerykańscy. Pozytywna fama o uroku tego miejsca zaczęła się rozchodzić z szybkością błyskawicy, zaczęły powstawać pierwsze hotele i infrastruktura turystyczna. Z sennego, małego portu rybackiego Pattaya stała się miejscem o największym natężeniu turystycznym w Tajlandii. Jedną z najbardziej znanych rozrywkowych ulic jest Walking Street, gdzie znajduje się zapewne największa na świecie liczba klubów GO-GO czy ze striptizem na metr kwadratowy. Przechodząc co chwila można się potknąć o piękne Tajki zapraszające na pokazy takie jak sex na żywo czy ping-pong show. Oprócz tego dość liczne są bary, w których swoje wdzięki prezentują … Rosjanki. Jest to spowodowane dużą liczbą naszych wschodnich sąsiadów odwiedzających Tajlandię, dla których napisy są w trzech językach - tajskim, angielskim i rosyjskim.

Oprócz Walking Street w obrębie centrum znajdują się całe ulice z barami czy salonami masażu, skąd nawołujące masażystki prezentują swoje wdzięki. Są także bary dla lady boys czyli kobiet będących wcześniej mężczyznami. Przechodzą one kilka operacji, przyjmują hormony i wyglądają niekiedy lepiej niż niejedna dziewczyna. Spójrzcie na przykład poniżej, tak to jest lady boys!

Większość turystów stanowią mężczyźni, często starsi, którzy przyjechali poznać żonę. Dla młodej Tajki taki Amerykanin czy Australijczyk po 60-tym roku życia nie stanowi przeszkody bo wie że zostając jego żoną kupuje sobie lepsze życie. Będąc u boku starszego męża będzie także utrzymywać swoją biedną rodzinę w Tajlandii.

Obserwując przechodniów można także zauważyć sytuacje w której podstarzały Amerykanin jest zachłanny i przyprowadza do hotelu dwie piękne dwudziestolatki. Zapewne tutaj jest odpowiedź na pytanie dlaczego w Pattayi na każdym rogu jest apteka z głównym szyldem o nazwie VIAGRA!

Udając się do Tajlandii na urlop można być pewnym zobaczenia prawdziwej Azji czyli chaosu na drogach, ulicznych kramów i mobilnych kuchni, rajskich wysp czy nawet takich kwiatków jak prowadzonej iguany na smyczy. Kraj posiada niezliczoną ilość miejsc wartych zobaczenia i tak naprawdę potrzeba co najmniej miesiąca aby zwiedzić cały kraj. Jest to także idealne miejsce dla fanów sportów wodnych czy nurkowania, gdzie w krystalicznie czystych wodach można podziwiać królestwo świata podwodnego. Jeśli chodzi o rekomendację jednego regionu w Tajlandii to warto wybrać się na południe wyspy, poświęcić dodatkową godzinę lotu samolotem i wylądować w Phuket, gdzie można zatopić się w egzotyce w 100%.




 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (23 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=